Wielkanoc. Dla jednych zmartwychwstanie, dla innych początek wiosny, a dla większości Polaków – nawalanka o to, czy to święto jest ważniejsze, czy to zimowe. Na drugiej linii świątecznej bitwy trwają zażarte walki o wyższości majonezu Winiary nad Kieleckim. Ja jednak nie o tym.
Każdy musi nieść swój krzyż
W telewizji (tak wiem, że oglądanie telewizji w wieku dwudziestu kilku lat to niezła siupa, ale jesteśmy w hotelu i chcąc, nie chcąc odpaliliśmy mały ekran) mówili, że papież, ten co go wybrali w 2025 r., podczas Drogi Krzyżowej będzie niósł krzyż. Wielkie poruszenie, bo od lat żaden z następców św. Piotra nie odważył się na taki gest. Fakt, że najmłodsi też nie byli, a taki krzyż swoje waży. Przynajmniej tak mi się wydaje.
Wiadomo, że jest to czyn wymowny, bo Leon XIV robi to nie tylko w swojej sprawie, ale i całego Kościoła. Trzeba więc przyznać, że ma facet sporo na głowie, przepraszam, na barkach. Szeroko poruszany temat pedofilii, nadużycie władzy, korupcja, połączenie z polityką – to tylko kilka przewinień największej instytucji duchownej. Gest ten jest więc nad wyraz znaczący.
Humor goni rzeczywistość
Takie niesienie krzyża to zadanie odpowiedzialne i ważne. Patrząc jednak z innej strony jest to także… absurdalne. Pomyśl tylko, że papież musiał się do tego jakoś przygotowywać. Ćwiczyć i rozciągać swoje ciało. Wprowadzić odpowiednią dietę, być może brał białko, pił energole i zajadał się batonami Dzika. Wyobrażam sobie, że w Stolicy Apostolskiej zebrał się nawet sztab trenerów ds. niesienia krzyża podczas Drogi Krzyżowej. Z pewnością jest to komórka ukryta w całej strukturze, ale pełniąca kluczową funkcję.
Po ustaleniu planów ćwiczeń musiały rozpocząć się regularne treningi. Przedstawiciel kościoła przywdział więc biały zestaw dresu z trzema złotymi paskami po bokach i z pewnością stawił się o ustalonej porze w Przenajświętszej Siłowni Watykanu im. Świętego Krzyża. Tam czekał już trener-biskup, który na początku pokazał, jak podnosić i nieść krzyż, a potem tylko zwiększał ciężar krucyfiksu. Leonowi XIV musiał urosnąć bicek, być może nawet zarysował się kaloryfer. Patrząc na zachwyt wiernych, szczególnie tych płci damskiej, efekt musiał być piorunujący.
Rezultat treningu, cudu czy pomocy bożej?
Czy tak faktycznie z tymi treningami było? Nie wiadomo, ale też nic nie wskazuje na to, że nie mogło tak być. Równie dobrze mógł się zdarzyć cud, a być może papieżowi pomagała niewidzialna ręka Boga. O tym wie tylko Leon XIV, kardynałowie i zaplecze techniczne państwa Watykan.
Arcyciekawe wydają się na tym tle wydarzenia w Polsce. Przed Wielkanocą spłonął bowiem krzyż pastoralny, który był świadkiem pierwszej pielgrzymki do kraju papieża Polaka Jana Pawła II. Czy to znak, czy – jak dopytywał Max Kolonko – przypadek?

Zostaw odpowiedź